Zbigniew Bartman
PRZEGLĄD SPORTOWY: Niedawno podpisał pan kontrakt z Prisma Taranto.
ZBIGNIEW BARTMAN: Miałem ofertę lepszą finansowo z innego włoskiego
klubu, ale zdecydowałem się na Prismo Taranto, bo tutaj będę miał
większe możliwości na grę. Wczoraj po raz pierwszy trenowałem z nowymi
kolegami i jestem zadowolony z przyjęcia. Poza boiskiem też przebywamy
ze sobą. Innej możliwości nie ma, bo na tym samym piętrze oprócz mnie
mieszka siedmiu innych zawodników. W południe spotkaliśmy się w kuchni i
wspólnie gotowaliśmy obiad.
PS: Z pańskich słów wyłania się niemal sielski obraz życia we Włoszech.
Miła odmiana po Gazpromie Surgut.
Gazprom to specyficzny klub -- ta sama osoba jest tam prezesem,
dyrektorem i trenerem. Alfą i omegą. Z nim nie można dyskutować, bo
uważa się za nieomylnego. Zresztą trenerem był tylko z nazwy. W tygodniu
nie pojawiał się na treningach tylko przysyłał asystentów. Widzieliśmy
go dopiero 10 minut przed meczem, wpisującego ustawienie drużyny. Miał
nietypowe metody prowadzenia zespołu. Żeby nas zmobilizować wygłaszał
monolog składający się z samych przekleństw.
PS: Jak pan to wytrzymywał? Pan też jest w gorącej wodzie kąpany.
Od pierwszych dni w Surgucie przyjąłem zasadę, że udzielam się jak
najmniej. Momentami to był dobry kabaret. Trener wpadał do szatni i
wyzywał zawodników. Ukradkiem zasłaniałem twarz i śmiałem się z niego,
ale tak, żeby nie widział. Wyjazd do Rosji na pewno był dobrą szkołą
życia. Choć w nazwie klubu jest Gazprom, czyli potężny koncern gazowy,
pojawiły się kłopoty finansowe i przez dwa miesiące nie otrzymałem
wypłaty. Dlatego rozwiązałem kontrakt. I tak mogę mówić o szczęściu, bo
dostałem z klubu jakikolwiek pieniądze, a pozostali zawodnicy ciągle
czekają na pensję. Miałem grać w profesjonalnym klubie, ale okazał się
on amatorski. Nasza praca na siłowni stanowiła abstrakcję, każdy robił
co chciał. Rosjanie posiedzieli pół godziny i szli do szatni na
kolejnego papieroska.
PS: Nie denerwowało pana takie podejście kolegów? Przegrywaliście mecz
za meczem...
Każdy jest kowalem swojego losu. Pewnie gdybym zwrócił im uwagę
odebraliby mnie jako intruza, starającego się zmienić ich porządek, ich
fajne życie
PS: Alkohol lał się strumieniami?
Strumieniami nie, ale lubili się napić po meczach. Nie piwa. Alkoholi
wyższych procentowo.
PS: Rosjanie to specyficzny naród. Polakowi trudno tam się zaaklimatyzować.
Oni uważają, że w Rosji jest wszystko. Prezes szczycił się tym, że nigdy
nie był zagranicą, bo jemu to nie jest potrzebne. Część kolegów z
drużyny najdalej była w Soczi. Tysiące kilometrów od Surgutu, nad Morzem
Czarnym. Ale to nadal Rosja. Wiedzę o świecie mieli ograniczoną i na
niektóre tematy ciężko było z nimi dyskutować. Do tego dochodził
wypaczony obraz historii. Uważają, że to oni wyzwolili Europę w 1945
roku, a udział aliantów w II wojnie światowej był minimalny. Byli
przekonani, że to co wiedzą jest święte i z tym się nie dyskutuje.
Odpuszczałem, żeby nie postrzegali mnie jako wroga. W Rosji komunizm
upadł, ale mentalność została ta sama. Jednostka nie znaczy tam nic. W
Polsce także można jeszcze zauważyć pozostałości po poprzednim ustroju,
PRL. Dlatego teraz każda wyróżniająca się osoba jest uważana w
społeczeństwie za nietypową i złą.
PS: Odczuł to pan na własnej skórze?
Kiedyś nie gryzłem się w język i mówiłem, co myślę. Teraz stosuję więcej
dyplomacji. W przeszłości bardzo zależało mi na dobrej opinii innych. Z
każdym dniem coraz bardziej mi to obojętnieje.
PS: Jest pan maminsynkiem?
Nie.
PS: Podobno mama wybiera panu dziewczynę?
Każdy rodzic chce, żeby partner jego dziecka był jak najlepszy. To
normalne. Dziwne, gdyby mama z tatą nie oceniali dziewczyny, którą
zapraszam do domu i im przedstawiam. Rzadko zdarza się tak, żeby
wybranka dziecka była na tyle idealna, żeby zaspokoiła ich oczekiwania.
U nas zdarzały się różne sytuacje. Rodzice nie zawsze akceptowali moje
wybory.
PS: Umiał się pan im wtedy postawić?
Kiedyś przychodziło mi to trudniej, teraz już łatwiej. Nie muszę robić
wszystkiego, co oni sobie wymarzą.
PS: Kiedy powiedział pan rodzicom: "Odcinam się od pępowiny i chce wziąć
odpowiedzialność za siebie"?
Jakiś rok temu, ale dokładnej daty nie powiem. Skończyłem 21 lat i
pomyślałem: fajnie było, ale trzeba zacząć żyć na własny rachunek.
PS: Zarobione pieniądze wciąż oddaje pan ojcu?
Nie tylko przez pracę można pomnażać pieniądze. Tata ma smykałkę do
giełdy, w końcu pół życia był biznesmenem. Ufam mu i na razie przynosi
to dobre efekty. Ale nie dostaję kieszonkowego, jeśli o to chce pan
zapytać. Mam słabość do samochodów i nakręcam się na widok ładnego auta.
Jedynie wtedy tata ingeruje w moje finanse i próbuję mnie stopować. "Nie
chcę, żebyś wszystko wydał na blachy" -- słyszę od niego. To taki,
oczywiście umowny, kuksaniec, żeby wrócił rozsądek. Lecz jeśli się uprę,
to kupię taki samochód, jaki będę chciał.
PS: Pańska kariera została zaprogramowana przez rodziców?
Nie zaprogramowana, ale ukierunkowana. Nie jesteśmy komputerami, żeby
wszystko można było przewidzieć. Życiem kierują przypadki. Gdybym nie
został zauważony na mistrzostwach Europy kadetów, to nigdy nie
wyjechałbym do Włoch w wieku 18 lat.
PS: Miał pan wybór czy musiał pan zostać siatkarzem?
Zacząłem od sportów walki. W wieku pięciu lat ćwiczyłem karate, dwa lata
później najpierw byłem piłkarzem, później koszykarzem Polonii Warszawa.
Ojciec wcale nie chciał, żebym wybrał siatkówkę.
PS: Dlaczego?
W reprezentacji Huberta Wagnera był kierownikiem i dobrze wiedział, że
siatkówka to wredny sport. Niewymierny. Tutaj o wyniku może zdecydować
jedna piłka czy błąd sędziego. Oni często nie zdają sobie sprawy z tego,
jaką mogą wyrządzić krzywdę. Bo siatkarz latami pracuje na ten jeden
mecz, na jedną piłkę, a sędzia swoją decyzją może zniszczyć jego
psychikę. Po meczu wróci do domu, napije się piwa i położy się spać.
Rano nie będą już pamiętał o swoim błędzie. A zawodnik zostanie z tym na
długie lata.
PS: Kiedy rodzice zaczęli pana prowadzić jako siatkarza?
Odkąd pamiętam dbali o jak najlepsze warunki do rozwoju dla mnie.
Dostarczali minerałów, żebym rósł i prawidłowo się rozwijał. Od dziecka
wiedziałem, że zostanę sportowcem.
PS: Chłopcy zazwyczaj chcą zostać strażakiem, pilotem albo policjantem.
Mnie to nie interesowało. Miałem odpowiednie predyspozycje fizyczne do
sportu, a rodzice chcieli spełnić moje marzenie. Nie ukrywajmy -- do
sportów w jakich chciałem osiągnąć sukces, najpierw koszykówce, potem
siatkówce, potrzebny był wzrost. Rodzice robili wszystko, żebym miał
odpowiedni. Zimą wyjeżdżaliśmy do ciepłych krajów i pamiętam, że z
każdej podróży wracałem wyższy o kilka centymetrów
PS: Ile najwięcej urósł pan po takiej wycieczce?
Największy skok przyszedł po dwóch tygodniach spędzonych na Karaibach.
Urosłem trzy centymetry, a w ciągu następnego miesiąca siedem. Skąd
pomysł z tymi ciepłymi krajami? Mówi się, i słusznie, że latem rośniemy
najwięcej. Wtedy mamy dostępne najbardziej wartościowe warzywa i owoce.
Po drugie: woda wyciąga. Mięśnie wtedy nie pracują, nie działa
grawitacja i chrząstki się nie ubijają. Dlatego rodzice zapewniali mi
takie warunki nie tylko latem, ale także w styczniu czy lutym
PS: Ile centymetrów można wyciągnąć takim sposobem?
Statystycznie dzieci są wyższe od rodziców o 3-4 centymetry. Ja mam 20
centymetrów więcej. Nigdy się nie dowiem, ile urosłem dzięki tym
praktykom. Musiałbym cofnąć się w czasie i przestać wyjeżdżać. Może
działało to tylko na moją psychikę? Po takich szybkim wzroście zaczęły
się moje problemy z kolanami. Kości nie nadążały rosnąć za całym
organizmem i zrobiły się odstępy, zwapnienia. Lekarz zalecił roczną
przerwę w wysiłku.
PS: I zrobił pan sobie taki odpoczynek?
Moje marzenia miały legnąć w gruzach? Rodzice jeździli po innych
specjalistach i dzięki odpowiednim medykamentom oraz zastosowaniu diety
po dwóch miesiącach mogłem wrócić do treningów. W diecie miałem
olbrzymie ilości nabiału -- serów, twarogów i mleka. Oprócz tego mama
codziennie przygotowywała dla mnie sok z wyciskanych owoców, winogron
czy marchwi. A wiadomo, jak dzieci to lubią.
PS: I jak pan sobie z tym radził?
Zmuszałem się i byłem zmuszany. To stanowiło dla mnie katorgę.
PS: Był pan dzieckiem. Jak przekonać dziecko do czegoś, czego nie chce?
Tata pytał mnie, kiedy odmawiałem jedzenia: "Chcesz być zdrowy?" Raz
działało, raz nie. Jeśli nie pomagało to wtedy pytał: "A chcesz dalej
grać w siatkówkę, chcesz być najlepszy?" "No chcę" -- odpowiadałem. "To
wcinaj i nie marudź".
PS: Tata był moim mentorem i zawsze wymagał ode mnie więcej --
powiedział pan o ojcu.
Uczył mnie podstawowych odbić siatkarskich i udzielał rad. Był bardzo
krytyczny wobec mnie. Kiedy trenerzy mnie chwalili, zwłaszcza w
młodzikach, on nigdy nie był zadowolony. Słyszałem od niego tylko to, co
było złe, co mogę jeszcze poprawić. Nie było pochwał. "Przestań się go
czepiać. Jak na swój wiek było dobrze" -- prosili trenerzy. "Ma grać
jakby był starszy" -- odpowiadał.
PS: Dziecko jest szczególnie łase na pochwały. Pan w dzieciństwie nie
usłyszał żadnej od ojca.
Przez jakiś okres, było to dla mnie, hmm, może nie przykre, ale...
Motywowało mnie, żeby jeszcze więcej, jeszcze mocniej, jeszcze wyżej.
Żeby kiedyś usłyszeć od taty, że było dobrze. I w końcu usłyszałem.
Miałem 19 lat i rozmawialiśmy po meczu w reprezentacji Polski juniorów.
PS: To musiał być dla pana wielki dzień.
Nie miałem pełnej satysfakcji, bo odnosiłem wrażenie, że mnie pociesza.
Zawsze po meczu spotykałem się z nim i wspólnie analizowaliśmy moją grę.
Wtedy zacząłem od tego, że nie jestem z siebie zadowolony i kilka zagrań
mogło być lepszych. Tata mi przerwał: "Było tak, jak powinno". Nie do
końca przyjąłem pochwałę, bo czułem, że mogło być lepiej. Od tamtej pory
już kilka, nawet kilkanaście razy nasza ocena była zbieżna.
PS: Daniel Pliński mówi o panu, że zżera pana ambicja.
Zdarzało się, że trenerzy musieli mnie wyrzucać po treningach, bo
zamierzałem dłużej ćwiczyć. U Castellaniego chciałem zostać z Bartkiem
Kurkiem i jeszcze trochę poprzyjmować. "Za pięć minut obiad, a wy
jeszcze nie zeszliście z hali. Za trzy godziny zaczyna się następny
trening. Przestańcie się katować" -- krzyczał trener. "Chcemy jeszcze
zostać" - poprosiliśmy Castellaniego, ale postawił na swoim i wygonił
nas z hali. Ambicja pcha mnie do przodu i motywuje, żeby więcej
trenować. Nie ukrywajmy, u każdego sportowca zdarzają się dni, że nie
chce mu się wstać z łóżka.
PS: Jak się pan wtedy mobilizuje?
Kiedy czuję, że mi się nie chcę i jestem przymulony to wtedy na
treningach... dociskam jeszcze bardziej.
PS: Przychodziły dni, że miał pan dość siatkówki?
Wiele ich było. Jako dziecko co trzy miesiące miałem pomiar wzrostu w
swoim klubie, Metrze Warszawa. U mnie zawsze była duża różnica we
wzroście. Raz wyniosła pół centymetra. Załamałem się. Miałem wtedy 191
centymetrów, jak na siatkarza malutko i przyszły czarne myśli, że na tym
się zatrzymam. Były też takie okresy, że nic nie wychodziło na
treningach. Pojechałem na obóz i przez dwa tygodnie grałem kaszanę.
Pojawiało się zwątpienie: Czy mam predyspozycje? Czy dalej będę się
rozwijał? A może zakończę karierę na etapie kadeta?
PS: Co wtedy pomagało?
Posiedziałem dwa dni w domu i zaczęło mi brakować siatkówki. Było dla
mnie dziwne, że jest godzina 16.30, czas na trening, a mnie tam nie ma.
To były okresy zwątpienia, które pojawiają się nawet teraz. Po jednym
nieudanym meczu, drugim, kiedy na treningach też nie wygląda to różowo,
zaczynam się zastanawiać, czy będę się rozwijał. Jeśli problem tkwi w
przygotowaniu fizycznym to zaczynam mocno pracować na siłowni. Efekt nie
przychodzi z dnia na dzień. To długi proces, trwający trzy tygodnie,
nieraz miesiąc. Często czuję się świetnie fizycznie, ale myśli
ukierunkowane są gdzie indziej. Ciało jest na boisku, ale głowa wędruje
gdzie indziej. Wtedy muszę zrobić coś dla siebie, wyjść ze znajomymi na
kolację, żeby na kilka godzin zapomnieć o siatkówce.
PS: Powiedział pan kiedyś, że chce być najlepszy na świecie.
Taki cel powinien przyświecać każdemu sportowcowi. Spotykałem kolegów,
którym dobrze czuli się z tym, że są średniakami. Co miesiąc duża pensja
na koncie i radość z życia. Często dochodziło na tym tle do konfliktów.
Miałem niewyparzony język i pytałem się: "Co ty robisz? Weź się za
siebie. Chcesz być taki przez całe życie? Na tym, że jesteś średni
tracisz nie tylko ty, ale cały zespół".
PS: Jak reagowali?
"A, weź się młody odczep ode mnie". Zaczynała się wymiana zdań. Podobnie
było z imprezami, bo zdarzało się, że dwa dni przed meczem koledzy
wychodzili się napić. Mówiłem im o tym, co myślę. Raz skutkowało i
rezygnowali, a innym razem rzucali tylko: "Dobra, idź spać" i ruszali w
miasto.
PS: Panu nie zdarza się wyjść na imprezę?
Podporządkowałem się siatkówce i byłem ukierunkowany w jedną stronę.
Takie rzeczy jak całonocne imprezy zdarzały się sporadycznie.
PS: A jednak były. Już myślałem, że jest pan ascetą.
Nie kładę się spać codziennie o wieczorem rano i nie żyję siatkówką 24
godziny na dobę. Nie wytrzymałbym tego psychicznie. Czasami potrzebuję
wyjść do klubu, żeby się pobawić, wyszaleć. Nazywam to zresetowaniem. Do
domu wracam wtedy z nową energią. Niby po całej nocy jestem zmęczony,
ale szybciej regeneruję się psychicznie. Na trening przychodzę z
wyczyszczoną kartą.
Rozmawiał
Łukasz Olkowicz
Byliśmy
w szoku, kiedy przed wywiadem z Łukaszem Kadziewiczem, siatkarskim
wicemistrzem świata, dwukrotnym olimpijczykiem, sam zawodnik zaczepił
nas: Porozmawiam z wami, ale zaczniemy od Avesu.
Hmm, jak to (zmieszani)? Słyszałeś o Avesie?
Kto
nie słyszał? Śledzę wasze wyniki, od kiedy powstała strona. I martwi
mnie to, że początki nie są na lepsze. Po części to rozumiem, bo mój
zespół, Trefl Gdańsk jest beniaminkiem w PlusLidze i też nie idzie nam
najlepiej.
Co byś radził zawodnikom Avesu?
Więcej luzu.
Słyszałem o Kinku, Sorze, Świętym, Jasiu, Marcinie. To przecież
doświadczeni gracze, z którymi można myśleć o awansie. Potrzebne jest
zwycięstwo, tak na przełamanie.
Czy jest szans, że przyjedziesz kiedyś do Stoczka?
Mam
tak napięty terminarz, że w najbliższym czasie nie ma na to szans. Nie
chcę wam ściemniać. Klub, reprezentacja - od kilku lat miałem co
najwyżej trzy dni urlopu. Sami rozumiecie, że jak mam dzień wolny, to
pędzę do córki, żeby z nią spędzić czas.
Kadziu, musimy zadać to pytanie.
Słucham?
Czy jest szansa, że zagrasz kiedyś w Avesie?
Zanucę Anitę Lipnicką: "Wszystko się może zdarzyć..."
Druga część wywiadu dotyczyła obecnej kariery Kadzia.
Najgłupsza plotka, jaką słyszałeś na swój temat?
Wiele
tego było. Ostatnio wyczytałem, że przed meczami biorę kokainę i potem
zachowuję się nadpobudliwie. Jestem taką osobą, a nie inną, ale pewne
używki nie wchodzą w grę. Nie są z mojej bajki.
Przejmujesz się opiniami innych?
Czasami
coś ukłuje człowieka, ale generalnie ja jako Łukasz Kadziewicz mam to w
dupie. Najgorsze jest to, że moja córka kiedyś usiądzie przed
internetem i poczyta o takie rzeczy karierze ojca. Na pewno plotkarze
nie wpłyną na mnie, nie zmienię się pod ich wpływem. Mam jedno życie i
chcę przez nie przejść na swój sposób.
Uchodzisz za kontrowersyjną osobę.
Straciłbym
dużo ze swoich walorów siatkarskich, gdybym stał się innym człowiekiem.
Grupa takich ludzi jak drużyna potrzebuje skrajności - ciemnego i
jasnego, silnego i słabego, mądrego i głupiego, spokojnego i
wybuchowego. Każdy musi znaleźć swoje miejsce. Ludzie przypinają mi
łatkę osoby kontrowersyjnej. Nie zachowuję się tak, żeby zaistnieć
gdziekolwiek. Jestem sobą. Wiem, że moja impulsywność nie działa
pozytywnie na drużynę, koledzy czasami różnie to odbierają. Ktoś radził,
żebym się uspokoił czy wyciszył. Odpowiem zdaniem, jakie usłyszałem w
jakimś filmie: „Zabij moje demony, a anioły też umrą”.
Najczęściej
z reprezentantów kłócisz się z sędziami. Jest pewne, że jak Kadziewicz
przebywa nas boisku, to sędzia prędzej czy później coś od niego usłyszy.
Siatkówka
to moje życie i jeżeli przegrywam przez jeden wielbłąd arbitra, to nie
chodzę cały w skowronkach. Ten sport idzie do przodu, piłki latają ponad
100 kilometrów na godzinę. Sędziowie muszą o tym pamiętać. Nie kryję,
że często dostaję grzywny trzy czy pięć tysięcy złotych od związku za
nieodpowiednie zachowanie na boisku. Przed wyjazdem na mistrzostwa
świata graliśmy jakiś sparing we Frankfurcie. Sędzia nie był w
najlepszej formie. Po meczu powiedziałem do niego, że mogę mu podać co
najwyżej nogę. To było chamskie i nietaktowne. Żałuję tego.
Nie umiesz przegrywać?
Porażka
siedzi we mnie, nie mogę tak po prostu przejść po niej do porządku
dziennego. Czasem potrzebuję trzech dni. Z meczów przegranych trzeba
wyciągać rzeczy złe i dobre.
Ile dochodziłeś do siebie po igrzyskach w Pekinie?
Nie
chcę wychodzić na cierpiętnika, ale do dziś śni mi się końcówka meczu z
Włochami, gdzie wygrywając piłkę z Vermiglio na siatce, bylibyśmy w
półfinale. Nie powiem, że jestem mistrzem takich piłek, ale kilka ich
ważnych wygrałem. Akurat tę przegrałem i jest to moja osobista porażka.
Piątego miejsca na igrzyskach nie odbieram jako sukces. Na igrzyskach
jest medal albo go nie ma. Albo coś znaczysz, albo nie. Po ostatnim
meczu w Pekinie powiedziałem w szatni, że jadę do Londynu po medal.
Koledzy spojrzeli z niedowierzaniem. Ktoś zażartował, że pojadę, ale na
zmywak. Na najbliższych igrzyskach będę miał 32 lata, to wiek optymalny
dla siatkarza. Spróbuję być poważniejszą postacią niż dotychczas.
Dlaczego nie zdobyliście medalu w Pekinie?
Dobrze
wiedzieliśmy, że jest to nasz czas. Trochę zabrakło zdrowia. U
niektórych budził się niepokój, że igrzyska zaraz sie skończą, a trzeba
wrócić do klubów. Nie można grać całego życia na szprycy. Puszczały
kręgosłupy i kolana. To był moment, kiedy mogliśmy wypłynąć na ocean,
stać się drużyną topową. Niestety, dalej musimy się dobijać, żeby być w
ścisłej światowej czołówce.
We wrześniu Raul Lozano zakończył swoją pracę z reprezentacją. Chciałeś, żeby został?
Bez
Lozano polska siatkówka byłaby w dupie i taka jest prawda. To człowiek,
który odmulił środowisko i pokazał coś nowego. Otworzył głowę leśnym
dziadkom i pokazał, że współczesna siatkówka to nie jest pierwszy
trener. Siatkówka to teraz pierwszy trener, drugi na ławce, dwóch
asystentów rozpracowujących rywali, dwóch statystyków, dwóch lekarzy,
dwóch masażystów, fizjoterapeuta. Tak to teraz wygląda. Z Lozano przez
pierwsze dwa lata było dobrze, potem średnio. Między nami coś się
wypaliło. Raul był w porządku, nie interesowało go jakim jesteś
człowiekiem - dobrym, złym, inteligentnym, głupim. On dopasowywał ludzi
do koncepcji. Wykręciłem przy nim kilka takich numerów, że nie każdy by
to wytrzymał. Czasami kończyło się awanturą, zawieszeniem. Raz wytargał
mnie za ucho, innym razem pochwalił. Raul miał swoje minusy, jak każdy.
Była grupa zawodników, która z nim się nie dogadywała. Nie byłem jego
pupilem, ale trafiał do mnie jako trener. Zyskałem więcej dzięki niemu,
niż on dzięki mnie.
Po zakończeniu kariery...
Przygody. Karierę to miał Boniek.
Boniek był trzeci na świecie, ty drugi.
Karierę
zrobili Świderski, Winiarski, Wlazły. Ja jestem zwykłym, hmm może
przeciętniakiem to złe określenie. Zwykłym siatkarzem. Na pewno nie
nazwę tego, co robię, karierą.
Co musiałbyś zrobić, żeby nazwać ją karierą? Zdobyć medal na igrzyskach?
Jak najbardziej. Mam 28 lat i zamierzam grać jeszcze kupę czasu, bo siatkówka mnie bawi.
Jesteś siatkarskim samoukiem?
Nigdy
nie byłem w centralnym szkoleniu, nie grałem w reprezentacji kadetów
czy juniorów. Klepałem piłkę gdzieś tam pod trzepakiem. Tak wyszło.
Poszedłem do szkoły średniej w Olsztynie i zaczęła się moja przygoda z
siatkówką. Grałem w AZS i studiowałem pedagogikę, na kierunku praca
socjalna. Udało mi się zaliczyć pierwszy rok, ale następny semestr zajął
mi pięć lat. W końcu przerwałem edukację. Trochę mi głupio, bo to jest
jakaś rysa w moim życiorysie. Wielu moich kolegów skończyło studia, ja
miałem słomiany zapał. Nie wiem tylko, czy kończąc studia, byłbym
lepszym siatkarzem.
Mieszkałeś w akademiku?
Na Kortowie w
akademiku numer 119. Mój pokój był na ostatnim piętrze. Kiedy otwierałem
okno, widziałem jezioro i stadninę koni. Jak w bajce. To był bombowy
czas. Nasza drużyna była złożona z samych studentów. Nie ważne było kto
jak gra, kto jak się nazywa. Zarabialiśmy podobnie.
W akademiku impreza goni imprezę.
Byłem początkującym sportowcem. Imprezy omijałem szerokim łukiem
Umówiliśmy się, że rozmawiamy szczerze.
Jak
każdy student kilka razy gdzieś się potknąłem, idąc do akademika. To
był świetny czas i dobra próba charakterów. Zostawali tylko
najwytrwalsi, którzy musieli mieć siłę, żeby nazajutrz pójść na zajęcia.
Mając 19 lat zadebiutowałem w ekstraklasie. Dostawałem 1.500 złotych
stypendium, starczało do 15, potem potrzebna była pomoc rodziców i
starszych kolegów. Nie interesowaliśmy się, kto czym jeździ i jakie chce
kupić mieszkanie. Na nic nie było nas stać. Beztroskie czasy. Każdemu
polecam zacząć przygodę ze sportem w Akademickim Klubie.
Nie każdy przetrwa.
To
będzie znaczyło, że się nie nadaje na sportowca i lepiej, żeby skupił
się na studiach. W ogóle planuję napisać książkę o swojej przygodzie z
siatkówką. Każdy się ze mnie śmieje, a przebiję Wojtka Kowalczyka.
Po takiej książce możesz stracić przyjaciół.
Przyjaciół?
Najczęściej są to znajomi z pracy. W takim razie napiszę, że wszędzie
gdzie chodziłem czy rozrabiałem, byłem sam. Jest kilka pikantnych
historii.
Jak sobie radzisz z popularnością?
Nie powiem, że
jestem popularnym i chodzę w ciemnych okularach i czapce. Czasem ktoś
poprosi o zdjęcie, zamienimy kilka zdań. Nie łechcze to mojego ego: Jaki
jesteś zajebisty. Nie jesteśmy piłkarzami, nie zarabiamy 5 milionów
euro. Gramy za gorsze pieniądze, czasem za darmo, jak ja we Włoszech.
Jestem taki sam jak ludzie, którzy proszę mnie o autograf. Czasem ktoś
na mnie spojrzy i mówi: "Jejku, to ten Kadziewicz"! Jestem normalnym
gościem, który z tym samym panem kupuje rano bułki w spożywczym.
Twój transfer do Trefla Gdańsk to tak jakby Maciej Żurawski z zagranicy wrócił do Odry Wodzisław.
Chciałem
być blisko wszystkiego, na czym mi zależy. Wróciłem do Polski, żeby być
przy córce. Z Gdańska mam do niej 170 kilometrów. Poza tym prezes klubu
Kazimierz Wierzbicki kojarzy mi się z Prokomem Sopot, pięciokrotnym
mistrzem Polski w koszykówce. Ten facet wie, co to jest sport zawodowy,
ma pomysł na siatkówkę. W Treflu mam świadomość, że bardzo dużo zależy
ode mnie. Jeżeli słabo wypadniemy w lidze, to wiele osób będzie
zacierało ręce, że Kadziewicz jest kiepskim siatkarzem
Dlaczego nie udało ci się podbić Włoch?
Jechałem
tam po to, żeby spełnić swoje marzenia. Każdy dzieciak odbijający piłkę
przez siatkę marzy, by wyjechać do Włoch. Mnie się udało, choć po
części. Pojechałem po rozwodzie, to był słaby okres w moim życiu. Nie
wyszło. Zabrakło też zdrowia. We Włoszech ma się tylko jedną szansę, bez
drugiego podejścia. Albo jesteś dobry i grasz, albo nie.
Masz do siebie o coś pretensję?
Jestem
zadowolony, że w ogóle wróciłem do siatkówki. Organizm padł w
najgorszym momencie. Najpierw złamałem nogę, potem uszkodziłem plecy.
Cały sezon dochodziłem do siebie. Bałem się, czy wyleczę się przed
Pekinem. Po sezonie miałem propozycję z Grecji, Turcji czy Rosji. Nie
uśmiechało mi się tam grać.
Rok na Syberii tak bardzo dał ci się we znaki?
Gra
w Gazpromie Surgut to przygoda mojego życia. Wyjechałem do silnej ligi,
gdzie każdy mówił, że nie dam sobie rady i będę siedział na ławce. Poza
fantastycznymi doznaniami sportowymi, zapamiętałem rosyjski gri na
śniegu. Przy temperaturze minus 12 stopni koledzy zaprosili mnie na
grilla. Była świetna zabawa, bo trzeba było się rozgrzać. Kiedyś
wyszedłem na zewnątrz przy minus 44 stopniach. Na mecze lataliśmy
samolotami, raz nawet helikopterem. W Rosji samoloty kursują jako
autobusy i niektóre nawet przypominaj autobusy, tyle, że ze skrzydłami.
W Rosji przynajmniej ci zapłacili. We Włoszech grałeś społecznie.
Może
ktoś zbierał na Gloria Victis? Rok w Sparklingu Mediolan to duże
doświadczenie życiowe. Problemy finansowe klubu hartują człowieka nie
jako sportowca, ale jako osobę. Mało rzeczy mnie już zdziwi w życiu.
Ciężko się gra z połamaną nogą i bolącymi plecami, ze świadomością, że
nie dostaniesz ani eurocenta. Dostałem dwie wypłaty. Klub zbankrutował,
straciłem 150 tysięcy euro. Mam nikłe szanse, żeby to odzyskać. Ze
sportowego punktu widzenia nigdy nie zagram w tak dobrej drużynie - z
dwoma przyszłymi mistrzami olimpijskimi i świetnym Francuzem, który dziś
robi za gwiazdę w naszej lidze. Pracowałem z trenerem, który wygrał w
Europie wszystko, co mógł - Daniele Ricci. W Sparklingu dochodziło do
komicznych sytuacji. My, obcokrajowcy, byliśmy w najgorszym położeniu.
Amerykanie nie mieli płacone za bilety do domu, nie mieli za co jeździć
na kadrę. Pod koniec sezonu kilku chłopaków wyrzucono z mieszkań. Na
treningi przychodziło nas pięciu. Teraz się śmieję, wtedy to był śmiech
przez łzy. Takie historie też znajdą się w mojej książce.
Rozmawiał
Łukasz Olkowicz
Daniel Pliński
Gwiazdy są na niebie
Łukasz Olkowicz: Przyszedłem na spotkanie dwie minuty po czasie. Co
było gdyby tyle minut spóźniłby się pan na trening?
DANIEL PLIŃSKI: Za pierwszym razem trener by mnie upomniał. Później
dostałbym już karę, 50 złotych. Za kolejne złamanie regulaminu kara jest
podwajana. Rzadko zdarza się żeby ktoś powtórzył jeden, hmm, nazwijmy to
wybryk. Pół stówy zapłaciłbym też gdyby mój telefon zadzwonił w trakcie
posiłku albo założyłbym niewłaściwą koszulkę na trening.
Siatkarze nadal muszą po treningach i meczach zabierać swój sprzęt do
domu i go prać?
Nic się nie zmieniło. To nie piłka nożna, gdzie wszyscy zostawiają
sprzęt w szatni i zajmuje się nim magazynier. W siatkówce to zawodnik
musi dbać o strój, żeby był czysty.
Zapomniał pan kiedyś koszulki na mecz?
Nie, ale raz mi zafarbowała. W Stolarce Wołomin mieliśmy takie białe z
czarnymi elementami, a moja po praniu zrobiła się cała czarna. Rzucałem
się w oczy, nie można powiedzieć. Zagrałem w niej dwa mecze i
kierownictwo klubu załatwiło dla mnie nowy komplet. Od tamtej pory
uważałem przy praniu. A propos braku koszulki to graliśmy kiedyś mecz
Ligi Światowej w Bydgoszczy. Przebieramy się w szatni, a Michał
Winiarski pyta zdenerwowany: "Gdzie jest kurwa moja torba?". Okazało
się, że zostawił ją w hotelu przy recepcji, kiedy czekaliśmy na autokar.
Cały "Winiar", jak zwykle zakręcony.
Co się stało z koszulką Winiarskiego? Zagrał w pożyczonej?
Kierownik pojechał do hotelu i zguba się znalazła. "Winiar" wyszedł w
swoim stroju.
Mierzy pan 205 centymetrów. Miał pan kiedykolwiek kompleksy z powodu
wzrostu?
Nie, wręcz przeciwnie, zawsze świetnie się czułem jako wysoki. Jedynie z
łóżkiem był problem, żeby znaleźć odpowiednie. Przez pierwszy rok w
Wołominie mieszkałem w internacie i łóżko było za krótkie. Poprosiłem
panią prezes, w końcu grałem w Stolarce, żeby ktoś z firmy zrobił dla
mnie łóżko na wymiar. Któregoś dnia wjechało takie królewski łoże, 230
centymetrów. Jakie było wygodne! Pięć lat na nim spałem. Ciekawe, co się
z nim dzieje? W domu mam teraz klasyczne łóżko, dwumetrowe.
Nie za małe?
Lubię, jak mi nogi trochę zwisają. Z tym wzrostem to też były jaja, bo
jako nastolatek urosłem w ciągu trzech miesięcy 12 centymetrów.
Kończyłem rok szkolny i mierzyłem 185 centymetrów, we wrześniu po
powrocie miałem już prawie dwa metry. W klubie chuchali na mnie i
dmuchali. Trener Piotr Kozakiewicz pilnował, żebym nie skakał w tym
okresie zbyt dużo i dodatkowo nie osłabiał kości. Żeby je wzmocnić mama
codziennie robiła dla mnie galaretki. Do dziś jem galaretki, teraz
przygotowuje je moja żona. Dwa lata temu złapałem fatalną kontuzję,
pękła kość piszczelowa. To groziło kilkumiesięczną przerwą. Nie wiadomo
jak, ku zaskoczeniu lekarzy, ale kość się zrosła. Tak sobie myślę, że to
mogła być zasługa tych galaretek jedzonych od dzieciństwa.
Trenuje pan dwa razy dziennie i w trakcie zajęć wykonuje setki wyskoków.
Na urlop nie ma co liczyć, bo ciągle trzeba grać. Zastanawia się pan co
będzie za dziesięć lat? Czy pański organizm nie będzie tak
wyeksploatowany, że większość czasu zacznie pan spędzać u lekarzy?
Przed mistrzostwami w Turcji dostałem od Daniela Castellaniego osiem
tygodni wolnego i to były moje pierwsze prawdziwe wakacje od kilkunastu
lat. Wcześniej byłem szczęśliwy, kiedy miałem tydzień urlopu. Pomysł
Daniela okazał się świetny, bo ja, Gruszka, Zagumny czy Gacek wróciliśmy
z wielkim głodem siatkówki. Nawet trochę się obawiałem jadąc na
zgrupowanie do Spały, jak to będzie po takiej przerwie. Zrobiłem sobie
totalny odpoczynek od siatkówki. Grałem jedynie w piłkę nożną. Czterysta
metrów od mojego domu jest boisko i dwa razy w tygodniu tam się
spotykaliśmy, przychodzili byli piłkarze z ligi - Daniel Dubicki i
Michał Biskup.
Jako siatkarza ukształtowała pana gra na plaży?
Pochodzę z Pucka, gdzie przez trzy miesiące wakacji grało się tylko na
piasku. Największego kopa dostawałem po obejrzeniu w telewizji meczu
polskiej reprezentacji w Lidze Światowej. W Spodku, z dziesięcioma
tysiącami kibiców na trybunach. Marzyłem o tym, żeby trafić do kadry.
Człowiek oglądał taki mecz i szedł na plażę, żeby ćwiczyć. Potem
zdobyłem trzy mistrzostwa Polski na piasku.
Nie chciał pan rzucić siatkówki halowej i skupić się na plażówce?
Były takie momenty. Chciałem to zrobić dla mojego partnera, Maćka
Olszewskiego. Wróżono nam wielką przyszłość. W pierwszym wspólnym
sezonie wypadliśmy rewelacyjnie. Mieliśmy po 21 lat i wygraliśmy siedem
na dziewięć turniejów.
Zdążyliście zagrać ze sobą dwa sezony. W 2003 roku Maciej Olszewski
zginął w wypadku samochodowym.
Maciek zdecydowanie lepiej radził sobie na plaży ode mnie. Przed
mistrzostwami Europy trenerzy chcieli go zeswatać z chłopakiem z
Warszawy. Mnie wtedy nikt nie znał. Maciek się postawił: "Chcę grać z
Plińskim, znam go z juniorów. Zobaczycie go na boisku, to mnie
zrozumiecie. Jeśli się nie zgodzicie to wcale nie muszę jechać na
mistrzostwa". Dzięki Maćkowi znalazłem się w reprezentacji. Rozumieliśmy
się bez słów. Potrafiliśmy spędzić ze sobą sześć godzin i zamienić trzy
zdania. Potem odwdzięczyłem się Maćkowi. Zaproponowałem, żeby go
sprawdzili w Stolarce i grał ze mną w Serii B. Wiązał z tym duże
nadzieje, plażówka była jedynie dodatkiem.
Spędził pan z nim ostatnie godziny przed wypadkiem.
Wracaliśmy do Olsztyna z meczu Pucharu Polski w Kędzierzynie-Koźlu.
Prowadziłem samochód, Maciek od niedawna miał prawo jazdy. W Olsztynie
chciał zostać dwie godziny dłużej ze swoją dziewczyną. Śpieszyłem się do
domu, więc pojechałem pociągiem. Po raz pierwszy od trzech lat.
Pamiętam, że wypadek był 3 czerwca. Zawsze wyłączam telefon na noc, ale
wtedy obudziłem się o czwartej nad ranem i włączyłem na chwilę. Nagrała
się dziewczyna Maćka. Jego samochód uderzył w drzewo, a on w stanie
krytycznym leżał w szpitalu. Jako jedyny spoza rodziny byłem dopuszczony
do jego łóżka, widziałem, jak przyjaciel walczy o życie. Po trzech
tygodniach obudziłem się o trzeciej w nocy i znów, nie wiem dlaczego,
włączyłem telefon. Słyszę, że Maciek zmarł. Ktoś na górze chciał, żebym
wiedział od razu. Chyba do dzisiaj nie pogodziłem się ze śmiercią Maćka.
Miał warunki na kapitalnego sportowca. Myślę o nim słuchając hymnu przed
każdym meczu reprezentacji.
W reprezentacji zadebiutował pan dość późno, bo w wieku 26 lat. Nigdy
nie miał pan momentów zwątpienia? Że się nie uda?
Pierwszy raz z wielką siatkówką zetknąłem się w Energii Sosnowiec. Dwa
razy zdobyłem tam Puchar Polski. Kiedy przychodziłem w klubie grali dwaj
reprezentacyjni środkowi - Marcin Nowak i Damian Dacewicz, ale
wskoczyłem do składu. Zacząłem poważniej myśleć o reprezentacji, ale
powołanie nie przychodziło. W kadrze grali wszyscy wysocy siatkarze z
ligi, dwumetrowcy, tylko nie ja. W końcu trafiłem do reprezentacji, ale
już z Jastrzębia. Mój klubowy trener Igor Priełożny długo namawiał Raula
Lozano, żeby mnie sprawdził. W kadrze jestem już pięć lat. Wiek nie gra
roli w siatkówce. Kiedy ktoś mówi o sportowcu: "Ten to ma talent", to
wtedy pytam się: co to jest talent? Jaka jest jego definicja?
Czym dla pana jest talent?
Największym talentem, jaki można dostać od Boga, to chęć do pracy. Takie
coś otrzymałem. Dzięki temu zostałem mistrzem Europy. Proszę mi wierzyć,
w naszej lidze są większe talenty niż Daniel Pliński. Ale pracą można
dojść do sukcesów. W kadrze na początku byłem piątym środkowym i tak
przebijałem się najpierw do dwunastki, później do szóstki. Ciągle w niej
jestem. Prześledziłem środkowych grających w naszej reprezentacji w
ostatnich trzynastu latach i nie było nikogo powyżej trzydziestego roku
życia. Przecieram szlaki. Chciałbym być polskim Tomem Hoffem. W Pekinie
miał 35 lat, był trzecim środkowym i wchodził na parkiet w trudnych
momentach dla zespołu amerykańskiego. Na igrzyskach w Londynie mógłbym
pełnić taką rolę.
Powiedział pan, że chce jako pierwszy Polak wystąpić na igrzyskach w
dwóch odmianach siatkówki - halowej i plażowej.
O plażówce pomyślę w 2016 roku, będę miał wtedy 38 lat. W tej
dyscyplinie limit wieku jest wydłużony. Karch Kiraly jako 36-latek
zdobył złoty medal w Atlancie, Brazylijczyk Franco ma 43 lata i wciąż
startuje w turniejach. W czerwcu dostałem zaproszenie do Krakowa, żeby
być twarzą turnieju plażowego - miałem pokręcić się dwa dni i rozdać
parę autografów. Nie interesowało mnie to. "Przyjadę, jeśli załatwicie
mi dziką kartę i będę mógł zagrać" - zapowiedziałem organizatorom.
Zgodzili się. Wystartowałem z młodszym bratem i bez treningów zajęliśmy
piąte miejsce, ogrywając mistrzów Polski. Nie jest ze mną więc aż tak źle.
Przed odlotem do Turcji na mistrzostwa Europy mało kto na was stawiał.
Proszę powiedzieć, tak szczerze, spodziewał się pan, że wróci jako
zwycięzca?
Kilka tygodni przed wyjazdem Łukasz Kadziewicz kupił sobie nowe buty do
gry. Zapłacił 250 złotych. Ale nie czuł się w nich komfortowo, gdzieś go
obcierały. Nie były dla niego. Któregoś wieczora zapytał mnie, czy chcę
je od niego odkupić. Odpowiedziałem: "Kadziu, dam tobie dwie stówy i w
tych butach zdobędę mistrzostwo Europy". Chyba więc wierzyłem gdzieś po
cichu w ten nasz sukces. W nowych butach rozegrałem cały turniej w Turcji.
Złoty medal odłożył pan na półkę czy codziennie go pan ogląda, myśląc
sobie, jaki sukces osiągnął?
To nie w moim stylu. Teraz skupiam się na grze w klubie, ze Skrą
Bełchatów chce wreszcie coś wygrać w Lidze Mistrzów. Medalem bawi się
moja trzyletnia córka, Julka. Także dla niej go zdobyłem. Ostatnio
słyszałem Irenę Szewińską i Jagnę Marczułajtis opowiadające o tym,
jakiego rozpędu nabrały ich kariery po urodzeniu dziecka. Miały dla kogo
trenować i zdobywać medale. Po przyjściu na świat Julki poczułem się
podobnie. Córka urodziła się w 2006 roku i to był dla mnie rok
wyjątkowy, zakończony zdobyciem srebrnego medalu na mistrzostwach świata
w Japonii.
Co jest dla pana cenniejsze - wicemistrzostwo świata czy mistrzostwo
Europy? Można w ogóle to porównywać?
Można, dla mnie mistrzostwo Europy jest najważniejsze. Po raz pierwszy
mogłem stanąć na najwyższym stopniu podium i wysłuchać polskiego hymnu.
W samolocie wracającym z Turcji powiedziałem Castellaniemu, że będzie
zszokowany przywitaniem, tym, co się dzieje w Polsce. Aż mnie ciarki
przechodzą, jak o tym mówię (gęsia skórka rzeczywiście była widoczna -
przyp. red.). "Plina, myślałem, że tylko Brazylijczycy potrafią się tak
cieszyć" - powiedział do mnie trener, kiedy jechaliśmy odkrytym
autobusem po Warszawie. Ludzie wychodzili ze swoich samochodów, stawali
na trawnikach i machali w naszym kierunku. Takie obrazki oglądałem w
telewizyjnym archiwum, kiedy zespół Kazimierza Górskiego wracał w 1974
roku z mistrzostw świata w Niemczech. Teraz w lidze mamy gwarancje na
najbliższe dwa-trzy miesiące, że hale się zapełnią, bo ludzie będą
chcieli zobaczyć mistrzów Europy. Potem wszystko wróci do normy.
Czyli?
Numerem jeden w Polsce znów będzie piłka nożna. Nie zmienimy tego,
choćbyśmy nie wiem co jeszcze zdobyli.
Nie irytuje to pana? Euforia po waszym sukcesie potrwa trzy miesiące, a
potem wszystkich będzie zajmować dyskusja, kto powinien stać w bramce
polskiej reprezentacji - Artur Boruc czy Jerzy Dudek.
Trzeba się tym pogodzić. Nigdy nie zazdrościłem popularności piłkarzom,
wręcz przeciwnie. Jestem kibicem piłkarskim i lubię w wolnym czasie
pójść na mecz Arki Gdynia czy Legii Warszawa. Zastanawiają mnie jedynie
takie przypadki, że chłopak ma 18 lat, kopnie dwa razy prosto piłkę i
już zarabia miliony. Czy to jest zdrowe? Czy wyjdzie mu to na dobre? U
nas wygląda to inaczej. W Wołominie moje pierwsza pensja wynosiła 700
złotych miesięcznie i jeszcze udawało mi się zaoszczędzić. Nauczyło mnie
to szanowania pieniędzy. Od tamtej pory co rok podpisuję nowy, lepszy
kontrakt. Ale widzę też siebie robiącego postęp z roku na rok.
Myśli pan o tym, jak daleko pan zaszedł z maleńkiego Pucka?
W domu często pytam żony: "Co ja tu robię?", "Skąd mam te medale?".
Najpierw moim marzeniem było dostać się do Serii B, później zagrać w
lidze, następnie zdobyć mistrzostwo Polski na hali. Potem chciałem
zadebiutować w reprezentacji. Wszystko po kolei się udawało. Marta dziś
mówi: "Nie zapominaj, ile wysiłku ciebie to kosztowało". Miałem 16 lat i
ganiałem po piachu, a moi rówieśnicy się bawili, korzystali z uroków
życia. Bardzo długo nie piłem alkoholu, pierwsze piwo spróbowałem w
wieku 20 lat. Miałem cel w życiu i podporządkowałem temu młodość.
Pamiętam jak zabierałem moją dziewczynę, dziś żonę i rodziców na plażę.
Szliśmy na boisko. Nad siatką wieszałem piłkę i zbijałem kilkadziesiąt
razy. Oni biegali za nią i mi przynosili.
Na polskie warunki jest pan dziś gwiazdą?
Kiedyś Kuba Bednaruk powiedział, że my siatkarze mamy tylko przygodę ze
sportem. Karierę to zrobił Tiger Woods czy Michael Jordan, w Polsce
udało się to Marcinowi Gortatowi. Nie cierpię, jak ktoś nazywa mnie
gwiazdą.
A jeśli już tak powie? Co pan wtedy odpowiada?
Gwiazdy są na niebie.
Rozmawiał
Łukasz Olkowicz
Daniel Pliński, rocznik 1978. Niespełniony piłkarz, siatkarską karierę
zaczynał w Korabie Puck. Trzykrotnie zdobył mistrzostwo Polski na plaży.
Jeszcze większe sukcesy odnosi na hali, gdzie jest aktualnym mistrzem
Europy i wicemistrzem świata. Po sukcesie w Turcji nie mógł się opędzić
od propozycji wywiadów dla rozmaitych tytułów prasowych. Najdziwniejsza
przyszła z miesięcznika "Mój pies". Pliński zgodził się bez wahania na
sesję ze swoim psem. Jak podkreśla, zrobił to dla Benka, pięcioletniego
boksera, którego traktuje jak syna